Oddychaj, Isa. To śmieszne. Jesteś śmieszna.
Nie chciałam dopuścić do głosu innych myśli. Byłam wściekła
na siebie już za samo to, że nie mogłam spokojnie złapać oddechu. Dlaczego się
tak stresowałam? Przeprowadzki nie były mi obce.
Co prawda, zostałam teraz sama.
Och, nie, nie do końca sama. Miałam zamieszkać z dziewiątką
innych osób. Zupełnie obcych mi osób. Wcześniej mnie to cieszyło. Nie
wiedzieli, kim jestem, będą widzieć mnie taką, jaką chcę. Mogę zrobić tu
wszystko. Jestem w końcu tak daleko od domu.
To dodało mi trochę otuchy i wreszcie zebrałam się, żeby
podnieść walizkę i przejść przez furtkę.
Akademik był tak naprawdę dwoma połączonymi kamienicami
mieszkalnymi w mało ruchliwej dzielnicy Londynu. Według opisu, który znalazłam
w internecie, budynek został postawiony ponad sześćdziesiąt lat temu, ale
wyremontowano go poprzedniego lata. Ucieszyłam się, że fasada pozostała
nienaruszona, nie licząc lekkiego odświeżenia. Czerwona cegła nadawała temu
miejscu pewną surowość, a jednocześnie czyniła go przyjaznym. Nie wiedziałam,
jak wytłumaczyć to inaczej. Chciałam po prostu tam wejść, mimo obaw. One
dotyczyły jednak ludzi, nie rzeczy martwych.
Minąwszy żelazne pręty bramy, przeszłam szarym chodnikiem
obok kilku krzaków i drobnych drzew, żeby wspiąć się po schodach do drzwi.
Zadzwoniłam dwa razy. Otworzyła mi
starsza pani o miłym wyrazie twarzy. Włosy posiwiały jej już całkowicie,
chociaż nie wyglądała na więcej niż pięćdziesiąt pięć lat.
- Nie mamy już wolnych mie... - spojrzała na moje bagaże. -
Och, ty jesteś pewnie Isabella?
Przytaknęłam.
- Boże drogi, po co dzwoniłaś? Trzeba było od razu wejść! No,
dobra, właź. Twój pokój jest już gotowy.
Lekko zdziwiona poszłam za nią. Nie miałam nawet czasu
zajrzeć do saloniku, tak szybko sunęła między meblami. Nie umknęło jednak mojej
uwadze, że siedziały w nim trzy osoby - dwóch chłopaków i dziewczyna.
Po schodach z lewej strony dotarłyśmy do korytarza z wieloma
drzwiami. Pani Bates (przypomniałam sobie jej nazwisko, to z nią uzgadniałam
szczegóły) otworzyła ostatnie i zachęciła, żebym weszła.
Pokoik był nieduży, ale spokojnie mieścił dwa łóżka, dwa
biurka i dwie szafy. Urządzony został wyjątkowo przytulnie. Nawet ładnie tu
pachniało. Na łóżku po prawej, pod jednym z okien, ktoś porozrzucał swoje
rzeczy. Od razu więc wepchnęłam moją walizkę pod łóżko po lewej.
- Będziesz mieszkała z Charlie. Mam nadzieję, że się
polubicie - rzuciła na odchodne pani Bates i zostawiła mnie samą.
Zwróciłam uwagę na fakt, że nie podała żadnej informacji na
temat Charlie. Obawiałam się, że to źle o niej świadczy.
Usiadłam na łóżku i westchnęłam ciężko. Ogarnęła mnie nagle
jakaś dziwna samotność, którą natychmiast zdusiłam w zarodku. Będę tu mieszkać
przez następne kilka lat. Nie będę samotna z tymi wszystkimi ludźmi. To głupie,
bezpodstawne uczucie.